Było to w marcu, roku nie pamiętam. Za to pamiętam roztopy i swoje przeciekające buty. Wypadałoby kupić nowe. Wchodzę do sklepu, rzut okiem na półki i już wiem, że wyjdę ze sklepu bez nowych butów.
Myli się ten, kto sądzie, że butów nie było. Były, ale pojawiły się mandoliny. Piękna, czerwonawa mandolina, kusiła mnie do zakupu. Kupić i od razu w drogę. Zawieźć ją mamie.
Na wystawie było ich kilka. Ale barwiona na ciemno, tylko jedna, reszta żółta. Żółtej nie chciałem kupić, a czerwonej nie chciała mi sklepowa sprzedać. Jej pasowało wcześniej pozbyć się z półki żółtych mandolin. Pozornie ustąpiłem jej, ale uprzedziłem, ze kupię instrument dający się nastroić.
Ku mojemu utrapieniu, pierwsza podana mandolina dawala się nastroić bez kłopotów i nawet miała dobry głos. Skłamałem sklepową. Tyle razy, ile miała żółtych mandolin. I wreszcie dorwałem czerwoną do rąk. Miała najładniejszy głos. Zadowolony, że mam wymarzony prezent dla mamy, nie zważałem na przemoczone buty i zmarznięte nogi. Popędziłem na dworzec, do pociągu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz