Historyjka, którą chcę opowiedzieć, miała miejsce dość dawno temu. Jeszcze w tamtej Polsce. Na jednym z dworców, na poczekalnię wszedł młody chłopak. Rozejrzał się po poczekalni. Była niemal pusta. Kilka osób spało na siedząco. Udał się w drugi kąt, gdzie można było usiąść przy czymś przypominającym stolik. Wyciągnął z teczki jakiś zeszyt, potem luzem kartki i zaczął przepisywać.
W tym czasie, kiedy chłopak siedział i pisał coś w zeszycie, na poczekalnię wszedł następny. Z wyglądu starszy od pierwszego o jakieś pięć, może sześć lat. Chwilę pokręcił się po poczekalni, po czym podszedł do piszącego. Próby nawiązania rozmowy z młodszym nie kleiły się. Starszy coś mu mówił, przysuwał się bliżej, aż wreszcie młodszy krzyknął, żeby trzymał łapska przy sobie i się odwalił od niego.
Ku mojemu zdumieniu, starszy zaczął na głos odgrażać się, że ma znajomości w milicji i za chwilę będzie tu milicjant. No to nieźle myślę. Nie dość, że sam zaczepił, to jeszcze milicją straszy. Starszy wyszedł. Po paru minutach, na poczekalni, pojawił się milicjant. Bez rozglądania się, podszedł do piszącego chłopaka i zaczął go legitymować. Wylegitymował go, spisał i poszedł.
Chłopak został wylegitymowany i spisany z winy homosia. Trzeba mieć "farta", aby przeżyć coś takiego. Kiedy słyszę o paradach miłości, albo o prześladowaniu homoseksualistów, to zawsze przypomina mi się ta historia. Myślę, że sami powodują część ataków na siebie, zaczepiając innych, heteroseksualnych. Mnie też nie przypada do gustu wizja zaczepki ze strony homosia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz