środa, 17 października 2012

Czardasz.

Mam na myśli lampowe radio, używane przez moich rodziców. Psuło się, a tato je naprawiał. Przepalały się oporniki, czasem padały lampy. Dla mnie urok miało magiczne oko. To taka lampa, będąca wskaźnikiem dostrojenia.
Lubiałem się przyglądać, jak zmieniał się wygląd owego oka, podczas kręcenia pokrętłem. Szum, trzaski i gwizdy płynące z głośnika, często uniemożliwiały słuchania audycji. Przed burzą, albo na uciekających falach.
Szczególnie nastrojowo było, kiedy tato, chciał posłuchać RWE. To taka rozgłośnia, utrzymywana przez komunistów, a umieszczona dla zmyłki w RFN. U nas, pewnie też dla zmyłki, zakazane było słuchanie ich audycji.
Ów nastrój pogłębiały uciekające fale, które tato "doganiał", kręcąc w takich aluminiowych kubkach. Dość częstym zjawiskiem były zakłócenia. Objawiały się warkotem, uniemożliwiającym zrozumienie ludzkiej mowy.
W miarę upływu czasu i kręcenia w kubkach, napięcie rosło, aby sięgnąć zenitu i spowodować wyłączenie radia. Następowała błoga cisza. Jeszcze dziś, w mojej pamięci tkwi ojciec grzebiący w radiu i świsty, gwizd warkotem przeplatany mam w uszach.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz