poniedziałek, 15 września 2014

W MAŁYM MIASTECZKU

Był już późny wieczór, kiedy wracałem do domu. Dawno już o takiej porze nie szwendałem się po mieście. Bardzo dawno. Przyglądałem się pustym ulicom i ludziom trzeźwym jak świnie. Na ulicy nie było nikogo pijanego. Ale też nie było ani jednej czynnej restauracji, z której, jak niegdyś rozlegały się głosy podchmielonych gości. 
Powrót do domu, odbywał się taką trasą, wzdłuż której tętniło życiem sześć lokalów, w których można było wypić alkohol. A teraz, nie funkcjonuje żaden z nich! Dwa z nich zlikwidowano zupełnie. Kolejne dwa są poddawane próbom ożywienia, co zawsze kończy się bankructwem kolejnego śmiałka.  
Trasa, którą wczoraj wieczorem przebyłem pieszo, to jakieś dwa i pół kilometra. Za komuny, na tym samym odcinku drogi, przejeżdżało więcej samochodów, niż teraz szło pieszych. A wtedy auto, to był luksus. Wczoraj ruch samochodowy też był niewielki. Cisza, ale zauważyłem u kilku osób lęk.
Przede mną szło trzech mężczyzn. Nic nie wskazywało na to, by byli nietrzeźwi i nie zachowywali się agresywnie. A jednak pewne małżeństwo rozglądało się dookoła z niepokojem. Tak, jakby się chcieli upewnić, że w razie czegoś, ktoś ich obroni. Na szczęście, nie było takiej potrzeby.  
I kolejna różnica między peerelowskim okresem, a obecnym, to brak spacerujących par. W tamtych czasach, spacerujące pary, grupy młodzieży przesiadujące wieczorem w parku na ławkach były normą. Teraz, tylko dwie dziewczyny wracające ze spaceru i jedna kilkuosobowa grupa młodzieży na ławce przy bocznej uliczce.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz